|
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Cywilizacja życia
Ideolo
Strony
|
środa, 03 lutego 2010
Prezydent
To jest jakiś pomysł. Na co dzień jest prezydentem małego państwa z pretensjami, kiedy jednak zbliża się niebezpieczeństwo, zamienia się w Supermana. Widać, że SLD nie traktuje już poważnie wyścigu o prezydenturę (i słusznie!) , więc starają się chociaż mieć fun. Obrazek zrobił w paincie Olejniczak, bo jest młody i zdolny.
środa, 13 stycznia 2010
Rehabilitacja Maxa Brooksa
„Zombie Survival Guide” Maxa Brooksa zbierało świetne recenzje, miało niezłą reklamę, byłem podjarany, że taka książka powstała. Kiedy doszło do czytania, okazało się, że mam przed oczyma niezgrabnie napisane kupiszcze, które po 30 stronie zamienia się w coś a la: „tym można zabić zombie. Tym też można zabić zombie. To nadaje się do zabicia zombie”. To co wcześniej czytało się z oporami, teraz nie dało się czytać ani trochę. Zupełnie inaczej jest z „Wojną Zombie” tegoż autora. Nie czytałem żadnej recenzji, nie widziałem żadnej reklamy, nie byłem podjarany, że powstaje, bo nie wiedziałem, że powstaje. Zostałem tą książką zaskoczony i już na wstępie zaznaczę: podobała mi się. Brooks unika tutaj pseudonaukowych wywodów czym zombie są, albo spisywania katalogu z bronią. Ta książka ma być zbiorem historii ludzi, którzy przeżyli wojnę z zombie. Historie te są odrzutem z raportu dla ONZ. Odpadły jako „zbyt osobiste”, podczas gdy do raportu potrzebne są cyfry, diagramy i wykresy. Bohater „Wojny Zombie” wspomina jednak, że dostał zgodę na napisanie „[przekleństwo usunięte] co mu się podoba” o tym, skoro mu tak zależy. Wszystko to podane bardzo ciekawie, a mimo że historie zazwyczaj są krótkie, można poczuć sympatię do ich bohaterów. Nie żeby to były jakieś skomplikowane postacie, Brooks sprawnie operuje kliszami. Odważny generał, który nie pozwala na to, by jego podwładni tracili życie w samobójczej misji i sam się na nią udaje, prezydent USA jako cichy lecz stanowczy ojciec narodu. Żeby nie było za słodko: śliski biznesmen, który zarobił tony dolarów na dawaniu ludziom złudnej nadziei dzięki fałszywej szczepionce, doktor robiący przeszczepy organów, niekoniecznie pochodzących od dobrowolnych dawców. Są też postacie śmieszne, jak nerd, który przegapił początek zagłady. Kiedy matka przestała mu zostawiać tackę z żarciem niczego jeszcze nie podejrzewał, dopiero padnięty net sprawił, że zauważył cokolwiek ze świata przedstawionego. Historyjki są różne. O tym jak ludzie sobie pomagali i przeciwnie, kiedy drugi człowiek był gorszym wrogiem niż zombie. Wpada też na parę niezłych pomysłów, jak np. przeszczep organu od zainfekowanego człowieka. Niby takie proste, ale mnie się podoba. Operacja mająca uratować życie, zamienia pacjenta w żywego trupa, ciekawe i przewrotne. Bardzo plastycznie opisał też zombie pod wodą. Wiadomo, żywe trupy nie muszą oddychać więc lezą po dnie, wychodzą z wody, a jak je gazy poniosą, to nawet popływają. Do tej pory zombie pod wodą znałem tylko z epickiego pojedynku zombie vs. Rekin. W książce jest tego dużo więcej. Wojna z zombie pokazana jest naprawdę kompleksowo. Zahacza o wszystkie kontynenty, a nawet wylatuje w kosmos. Brooks nie podaje dokładnej daty, nie wymienia też z nazwiska żadnego ze światowych przywódców, ale wiadomo kiedy mowa o Elżbiecie II, a kiedy o Nelsonie Mandeli (mnie epizod z Mandelą trochę zniesmaczył, ale nic). Jeden z rozdziałów zatytułowany jest „Wielka Panika”. Ludzie, zaczęli się naprawdę bać, bo i przecież było czego. Próbowali uciec do miejsc, w których nie ma zombie, ale oczywiście takich miejsc nie było. Przypomina to scenę z „Zombieland”, tam na pytanie Tallahassee gdzie się wybiera, Columbus mówi, że na zachód, bo tam podobno nie ma zombie. Tallahassee mówi, że był tam i tamtejsi ocaleni mówią, że na wschodzie nie ma. Łapię się na tym, że chciałbym opowiedzieć wszystko co jest w książce, a tak nie wolno. Na moje to pozycja „must read” dla każdego fana horroru i nie tylko, bo rzecz jest ciekawa tak jak moje podsumowanie jest kiepskie. Jeśli kogoś nie przekonałem, to dodam, że wojsko walczące z rojem zombie słuchało przed bitwą Iron Maiden. Teraz jestem pewny, że wszyscy przeczytają.
poniedziałek, 28 grudnia 2009
Korona zdobi komunę
Dzisiaj minęło 20 lat odkąd orzeł odzyskał koronę. W telewizji pokazują samych dumnych z tego faktu ludzi. Jak dla mnie, duma z orła albinosa w dziwnym nakryciu głowy jest niedorzeczna. Potem jednak przeczytałem na wiki o kontrowersjach dotyczących wizerunku orła, które to zastrzeżenia są śmieszne jak dyskusje domorosłych teologów z frondy. Heraldycy krytykują również sam wizerunek orła. Opracowany w 1927 wzór orła, stosowany z niewielkimi zmianami do dzisiaj, wzbudził w momencie jego przyjęcia duże kontrowersje. Krytykowano głównie kilka błędów formalnych: przepaska i łapy (szpony) orła powinny być złote; w koronie powinny być prześwity między kwiatonami; zakończenia przepaski powinny mieć kształt trójliścia; rysunek powinien być płaski z czarnymi liniami konturowymi. Krytykowano również gwiazdki na przepasce oraz użycie korony otwartej zamiast zamkniętej z jabłkiem i krzyżem oraz złote obramowanie tarczy (niewystępujące w obecnej wersji godła). Ja rozumiałbym takie spory, gdyby naszym godłem był smok wzorowany na Seanie Connerym z "Ostatniego Smoka". Wtedy trzeba walczyć o każdą zmarszczkę do ostatniej kropli krwi. Ale pyszczyć o to, że nasz orzeł biały obwiesza się mniejszą ilością złota niż nowojorski alfons? Dosyć głupie. Spece od heraldyki zeszliby pewnie z tego świata, gdyby zobaczyli koronę zrobioną ze sreberka od czekolady. Chyba do dziś takie godło wisi w mojej szkole średniej. W ten sposób można odkryć kolejne stanowisko wobec korony na łbie orła, nietelewizyjne dosyć: olanie sprawy, ale skoro to publiczna placówka, więc musi być korona.
niedziela, 20 grudnia 2009
Głosuję na Cthulhu
Jedynym człowiekiem lewicy na miarę naszych możliwości, który mógłby wygrać wybory prezydenckie, jest obecnie Cimoszewicz. Albo się wypiął na SLD i powiedział, że woli w puszczy siedzieć, albo Napieralski nawet się do niego nie zwrócił z pokorną prośbą. Tak czy siak, prezydentem ma zostać Szmajdziński, dla kolegów „Szmaja”. Not funny Na dodatek Kwaśniewski zaczął przemawiać na biblijną modłę:
piątek, 11 grudnia 2009
Psychopata z twarzą pedofila
Notkę sponsoruje cyferka cztery. Podobno jest jakieś wielkie jaranie finałem czwartego sezonu „Dextera”. Ja obejrzałem cztery odcinki po czym odrzuciłem jako coś kiepskiego, zawodzącego oczekiwania, z nudnymi postaciami i nieciekawą fabułą. Pamiętam, że do serialu podchodziłem entuzjastycznie. To było takie: „omg, robią serial, którego głównym bohaterem będzie psychopata. Brzmi świetnie”. NOT Główny bohater jest rozczarowujący. Dexter wygląda jak miły, nieśmiały chłopak, który nie przerywa innym i nigdy nie podnosi głosu. Nawet kiedy stoi nad rozczłonkowanymi zwłokami gościa, którego zamordował, nie wydaje się ani trochę straszny. Człowiek chce podejść, pogłaskać po głowie, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, i że znajdziemy tego kto to zrobił. Wiem, że seryjny zabójca wcale nie musi wyglądać jak dziecko Lethearface`a i Jasona. Ale choćby nie wiem jak wyglądał, po tym kiedy dowiesz się co zrobił, może mieć nawet wygląd dilbertozaura co dzień pracującego w kubiku, spoglądasz na niego inaczej. Nieważne jak sprawnie Dexter będzie oprawiał ciała, dalej pozostaje dla mnie pierdołą. Jego normalne, uprzejme ja, roznoszące pączki i niekłócące się z nikim, nie sprawia, że mroczna strona robi się mroczniejsza. Raczej nierealna tylko. W tym aktorze jest coś, co kładzie całą rolę. Da się jednak zrobić z kogoś, kto nie wygląda na groźnego człowieka osobę wzbudzającą pewien niepokój. Jako przykład może posłużyć niski staruszek z „Boston Legal”. Zdominowany przez matkę, nigdy nie miał własnego życia, spełniał tylko jej życzenia, nigdy nie zyskując jakiejkolwiek aprobaty. Któregoś razu nie wytrzymuje i zabija ją. Oczywiście, genialny prawnik Alan Shore (morderca z linku, nie jest mordercą, o którym piszę) broni go skutecznie przed ręką sprawiedliwości. Powodowany jest współczuciem, bo nasz psycholek to taka pierdoła i na pewno nie chciał. Ale on zabija znowu. Ofiarą jest sąsiadka, która była świadkiem zbrodni. Momentami spada z niego maska ciapowatego staruszka, a na jaw wychodzi tłumiony przez dziesiątki lat gniew i skrzywiona psychika. I on robi się naprawdę przerażający. To była bardzo ciekawa postać, mimo że drugoplanowa. Zupełnie inaczej niż Dexter. „Dexter” jest serialem po prostu głupim. Gość miał ojca policjanta, który kiedy zauważył, że jego syn jest okaleczającym zwierzęta wykolejeńcem, wcale nie wysyłał go do specjalisty. Zamiast tego, uczył go jak zabijać ludzi i pozbywać się śladów, tak żeby nikt go nie złapał. Jak wymykać się policji. Jako że jest mądrym mężczyzną w sile wieku, wymógł na swoim nie odczuwającym uczuć synalku, żeby zabijał tylko złych ludzi. Zdrowa część społeczeństwa może odetchnąć z ulgą. Oprócz tego ma głupią siostrę. To nie wymaga tłumaczenia. Chyba każdy Dexter ma głupią siostrę. Nawet intro tego serialu jest głupie. Dexter się goli w łazience, robi jajco z bekonem w kuchni, czyści ząbki w łazience itd. a potem naciąga koszulkę na nieogolony ryj. Wyczuwam rozpaczliwą próbę nadania mu „męskiego” wyglądu. Dlatego nie mogę jarać się zakończeniem czwartego sezonu. Byłem śmiertelnie znudzony na koniec czwartego odcinka.
środa, 09 grudnia 2009
Kochajcie banki swoje
Podsumowując ZUSowi póki co ufać nie warto, a pieniądze na emeryturę lepiej trzymać w banku. Coś takiego przeczytałem Iber.soup.io. Dla pewności spojrzałem na datę. Siódmy grudnia. Po kryzysie spowodowanym przez banki, kiedy to państwa musiały je ratować, a nie na odwrót, ktoś ciągle wierzy w mit wyższości gwarancji firm prywatnych nad gwarancjami państwa. Co do obecnego systemu, mam mieszane uczucia. Odkąd pierwszy liberał wziął temat na tapetę, ten system ma paść na pysk. A nie pada. Podobnie jak Szwecja, która od dawna zbankrutuje za parę lat. Z drugiej strony, są barbarzyńskie państwa, które oszczędzają na wypłacie emerytur. Na wszelki wypadek najlepiej inwestować w siebie, czyli w konsumpcję. A jak ktoś koniecznie chce dożyć starości, to w złote sztabki pod podłogą. Pamiętam opowiadanie Marcela Ayme, w którym rozwiązano problem emerytury. Kiedy główny bohater się zestarzał, dostał miesiąc wolnego, więcej kartek na alkohol i kiełbachę, podwojono mu też karnet na burdel. A po miesiącu miał pójść do pieca.
niedziela, 06 grudnia 2009
Jest robota u Korwina!
Potrzebni są współpracownicy do robienia serwisu dla pana Janusza. Mile widziani są redaktorzy, specjalizujący się w wyszukiwaniu newsów mówiących o tym, że rząd nie działa. Jako przykład podany zostaje „news”, że rząd x wydał 20 mln na zwalczanie królików, a wskutek tego ich populacja wzrosła. Jestem pewny, że jeśli pozwolić działać niewidzialnej ręce rynku, wyzdychałyby co do jednego. Tym ogłoszeniem Korwin przeszedł od wyzysku teoretycznego (który propaguje od lat), do praktycznego. Płacić za wykonaną robotę nie zamierza, zamiast tego oferuje możliwość odbycia praktyk. No i możliwość zatrudnienia dla najlepszych, ale biorąc pod uwagę, że kawałek na lewo wisi ogłoszenie z prośbą o zapomogę na działanie serwisu, nie liczyłbym na to. Pomysł żeby kazać komuś pracować za darmo jest obrzydliwy. Klasa wyzyskiwaczy łudzi zdobyciem doświadczenia, jakie wiążą się z takimi praktykami, ale w to, że one się liczą wierzą chyba tylko goście zbierający tę makulaturę. Praktyki się nie liczą, zupełnie jak punkty w „Whose Line is it Anyway”. Znalazł takich naiwniaków Korwin, bo dział „wiadomości” zalewany jest crap floodem. Widać, że pracują za darmo, bo jakakolwiek selekcja i hierarchia tematów nie istnieje. News o tym, że rząd Vanuatu rozda darmowe przybory szkolne, o wartości 740 tysięcy dolarów (tak trzymać!) zaraz po wrzuceniu był na samym szczycie. Nie bardzo wierzę, żeby taką wiadomością walił po oczach jakikolwiek poważny serwis. Obywa się przy tym bez korwinistycznego komentarza „nie ma nic za darmo”. Możliwe, że liberałowie odbierają pierwszą lekcję marksizmu, o bycie co określa świadomość. W tym wypadku formą zapłaty może być zrobienie czegoś dla guru. Założę się, że gdzieś tam siedzi gość, który cieszy się że może wklejać newsy dla Korwina. Poza tym, ma małą enklawę XIX wiecznego kapitalizmu, gdzie prawa pracownicze nie istnieją, a płaca jest nędzna. Jest też możliwość przeniesienia całkowicie kosztów pracy na pracownika: to oni płacą za prąd, Internet i tracą czas. Brakuje tylko tego, żeby rzeczywiście wpłacali kasę na podane konto. Co jest możliwe, bo jaki wyznawca nie da kasy swojemu guru? |