|
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Cywilizacja życia
Ideolo
Strony
|
wtorek, 17 listopada 2009
Evil Dead Musical
Musical pierwszy raz wystawiony został w 2004 roku, na festiwalu Just For Laughts w Montrealu, potem grany był jeszcze m.in. na Broadway`u i w Tokio. Opowiada on historię z trylogii „Evil Dead”, miksując wydarzenia z filmów oraz teksty Asha z wszystkich trzech części. Udaje się to raz bardziej, innym razem nie bardzo, ale kultowe odzywki: „hail to the king” czy „groovy” zawsze dobrze usłyszeć. Najbardziej podoba mi się oryginalny wkład autorów musicalu, czyli piosenka „Bit Part Demon”. Jeden z Mało Istotnych Gości na scenie, zostaje opętany przez demona i zamierza zrobić krzywdę głównemu bohaterowi. Ash jednak całkowicie go ignoruje, wyśmiewając jego nijakość. Taki potwór po prostu nie może załatwić głównego bohatera, jest na to za cienki. Wtedy demon łapie za laseczkę i kapelusz, by zaśpiewać o swej niedoli. Życie takiej kreatury nie jest wcale bezproblemowe i miłe. Inne demony się z niego śmieją, nikt nie pamięta jak ma na imię, jest tylko kolejnym numerem, który ma paść pod razami bohatera w drodze do celu. Nie jest nawet specjalnie zły, ot taką ma pracę („I'd say you'd be DEAD BY DAWN! But I don't really mean it”). Dzięki tej piosence uzyskać można zupełnie inne, trochę współczujące, spojrzenie na drugoplanowe monstra.
Drugą perełką jest piosenka „What the fuck was that”, gdzie dwóch bohaterów śpiewa o tym, że dziewczyny pozamieniały się w zombie i bardzo ich to zdziwiło. Prawdziwie dramatyczny utwór, w którym ścierają się charaktery Asha i Scotta. Ash nie chce zostawić swojej dziewczyny, natomiast Scottowi tej szlachetności brakuje i jest zdania, że tu wiać trzeba.
Charakteryzacja i efekty specjalne są w duchu oryginalnych filmów. Znaczy, wstrętnie wyglądający makijaż/maski plus mnóstwo krwi. No dobra, wyjmujemy stąd „Armię Ciemności”, gdzie wszystko wyglądało nad wyraz przyzwoicie. Pierwsze rzędy przed sceną oznaczone były jako „splatter zone”, bo lejąca podczas przedstawienia krew łatwo tam dosięgała. Dla fanów serii często raczej plus niż minus. Trochę to przypomina koncerty Mayhemu, na których muzycy rzucali kawałkami świni w publikę. Zawsze wyobrażałem sobie wtedy jakieś emerytki, które przychodzą na koncert złapać kawał świniaka. Jednakże, muzyka i teksty piosenek w większości wypadków nie powalają. Na pewno miało być bardzo lekko i śmiesznie, żonglerka motywami z Trylogii etc. Jest odcięcie głowy ukochanej, walka z ręką, powierzono głowie łosia o wiele poważniejszą rolę niż w filmie. Na moje jednak się nie udało jakoś szczególnie. Powinni wziąć z oryginału przede wszystkim nieustanne napięcie, powodujące że widz jest ciekawy co się za chwilę stanie. Często chroni to przed ziewaniem. Sukcesu bym nie odtrąbił, ale totalnej porażki też nie. Z jednej strony nagrali piosenki, o których najlepsze co można powiedzieć to to, że dadzą się łatwo wyłączyć, z drugiej strony są dwie, świetne i wymienione wyżej. Dla fanów oczywiste „must see”. Po projekcji można odrzucić, zachwycić się, sprawdzić co znaczy słowo „ambiwalencja”.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Paranormal Activity
Siadając do tego filmu, czułem zobowiązany się bać. Myślałem: nie może być tak, że oglądając najstraszniejszy horror roku, nie dostanę gęsiej skórki i nie podskoczę ze strachu. Nieczęsto robi się straszny horror, są one rzadsze od śmiesznych komedii. Dlatego trzeba je kochać. Miałem mocne postanowienie panicznego reagowania. Po dramatycznym wstępie, wiadomo że film mnie nie zachwycił, nie przestraszył, nie złapał za jaja i nie szarpnął. Wygląda trochę jak „Blair Witch Project”, dla ludzi, którym nie chce się wychodzić do lasu, bo tam zimno i nie ma neta. Zastanawia mnie skąd się wziął ten niebywały sukces kasowy „Paranormal Activity”. Faktycznie, budżet na zrobienie tego filmu był niski, zaledwie kilkanaście tysięcy dolarów. Mogło się pojawić myślenie magiczne: „skoro nie wydali na to milionów dolarów, to nie jest napakowany efektami specjalnymi gniot. Ci ludzie mieli Pomysł, Myśl Przewodnią, Talent”. No, niespecjalnie mieli. Demon trzaska drzwiami jak pojebany, główny bohater wyzywa go do pojedynku na gołe klaty, a główna bohaterka chce żeby się wszystko samo naprawiło. Podtytuł tego filmu powinien brzmieć: „w oczekiwaniu na napięcie”. A tego brakuje. Choćby dlatego, że nie sposób polubić bohaterów i przejąć się ich losami. Ona, coś prześladowana przez nadnaturalną pokrakę od ósmego roku życia. On, racjonalista, na początku nie traktuje tego poważnie. Potem zresztą też niespecjalnie. Oboje są nudni, przez cały film nie powiedzieli i nie zrobili niczego ciekawego. Sympatię zdołał sobie tylko zaskarbić szarlatan od duchów, który zaczął od mówienia tego, że może to stare rury, albo że podłoga czasami dziwnie skrzypi i to niekoniecznie muszą być duchy. Ale jak zaczął gadać o duchach i demonach, to sympatię utracił. Okołofilmowo, szeroko przytaczana jest anegdota o Stevenie Spielbergu. Zatrzasnęły się u niego drzwi w sypialni po tym jak obejrzał „przeglądówkę” z horrorem. Bardzo go to przeraziło. U mnie niestety nic nie trzasnęło, nie zamknęło się, nie za bardzo szurnęło nawet. Może tylko u wielkich artystów tak jest. Najbardziej paranormalne jest to, że taki wtórny film zarobił całe wory piniendzy i chodzi w glorii filmu ciekawego i oryginalnego. A przecież nie jest. Nawet sposób na promocję jest zerżnięty. Prawdziwe wydarzenia miało rejestrować „Blair Witch Project” i tak było reklamowane. Ujęcia przestraszonej widowni widzieliśmy ostatnio w trailerze „Rec”. Nuda.
czwartek, 12 listopada 2009
Drag me to Hell
Sam Raimi powraca z nowym horrorem. Pomyślałem, że jak będzie dobre, to wybaczę mu „Spidermany”. Okazało się na tyle dobre, że mogę wybaczyć scenę z Człowiekiem Jezusem ratującym pociąg. Główna bohaterka filmu jest wieśniarą, pracującą w banku i starającą się o awans. Tzn. nie jest, ale wychowała się na farmie i bardzo się tego wstydzi. Stara się zachowywać jak rasowy miastowy i odrzuca swoją przeszłość. To źródło jej kłopotów, ponieważ wypiera się swego dobrego, farmerskiego serca i odrzuca prośbę o przedłużenie kredytu dla starej Cyganki. Ta w zemście rzuca na nią klątwę: demon ma odebrać jej duszę. Nawet Cyganka rozkazująca mocom piekielnym nie potrafi poradzić sobie z bankami i niespłaconymi kredytami, musi się zadowolić półśrodkami. Ten demon jest dosyć straszny. Nie tylko chce zabrać duszę, ale jeszcze trzęsie patelniami, a wiadomo że takie są najgorsze. Jest jednak bardzo niecierpliwy, chwilę porobi klimat grozy, żeby wyskoczyć ZNIENACKA. Właściwie, głównie tym Raimi próbuje straszyć. Obraz, pierdolnięcie, muzyka. No, ale film ma być w sumie takim oldskulowym horrorem, bez czarnowłosych dziewczynek z telewizora. Podobnie jak „Evil Dead” miał łączyć horror z akcentami komediowymi. Cyganka ma na numerze rejestracyjnym „999”, główna bohaterka kiedy dowiaduje się, że ocalić duszę może poprzez złożenie w ofierze zwierzaka, mówi że jest wegetarianką i odmawia. Dostaje też stosowną książkę o tytule „Jak składać ofiary ze zwierząt”. Jest tego trochę i dobrze, bo komedio horror to zacny gatunek. Co warto nadmienić, jest to kolejny film, który ma uświadomić UPR-owców w tym, jak ważne jest zapinanie pasów. Nie jest to tak drastyczne jak w „Zombieland”, bo prędkość mniejsza, ale i tak można stracić zęby. Film jest za długi. Spokojnie można by go skroić na kolejny odcinek „Opowieści z krypty”, zwłaszcza że ma ładne zakończenie, które by się Gospodarzowi Krypty spodobało. Raimi zrobił film, który ogląda się przyjemnie, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia.
środa, 11 listopada 2009
Barbarzyńcy u bram Pałacu
Znowu chcą mi zburzyć Pałac Kultury i Nauki. 20 lat po upadku komuny, 53 lata po oficjalnym odtrąbieniu końca stalinizmu, nadal dla Sikorskiego jest symbolem poprzedniego reżimu. Jako że nie może uzasadnić chęci rozwałki w sposób „no, nie lubię, co mogę zrobić, w buty se nie nasram”, postanawia uderzyć w inne tony. Pałac Kultury jest: nieekologiczny, drogi i w ogóle. Na remont mają pójść setki milionów złotych i po co? Lepiej zburzyć, zaorać, posiać trawę i posadzić drzewka. Warszawiacy mieliby tam chodzić na pikniki i odpoczywać w tym małym zielonym zakątku. Wyburzenie Pałacu pewnie będzie za darmo, opłacone patriotycznymi uczuciami, a ponad tysiąc miejsc parkingowych to jak splunąć. Minister przywołuje tutaj zburzenie cerkwi warszawskiej w latach 20-tych, jako przykład pozbywania się historycznego parchu. Mnie zawsze było żal tej cerkwi, bo można by tam zrobić fajną bibliotekę. A zburzyli ją ci sami buce, którzy zmieniają nazwy ulic, nie pytając nikogo o zdanie. Pamiętam, jak będąc brzdącem spotkałem starszego pana, który szukał w moim rodzinnym mieście ulicy Armii Czerwonej. Wrócił po latach do Sierpca i nie poznał miasta, bo poza nowymi budynkami, nowe ulice, nowe wszystko, wszystko inne. Ostatecznie chyba zrezygnował z poszukiwań, a mnie było smutno, bo miałem i mam dalej dobre serduszko. Notabene, po latach znalazłem starą tabliczkę z napisem „ul. Armii Czerwonej” na jednej z ulic, teraz to jest ulica Piastowska. Od tamtej pory jestem zdecydowanym demokratą, to ludzie, którzy mieszkają pod danym adresem powinni decydować o ewentualnej zmianie. Przypomina mi się też mniej dramatyczna historia, jak to prawicowi radni chcieli zmienić nazwę ulicy radzieckiej na jakąś tam, pewnie Jana Pawła II, Ojca Świętego albo Karola Wojtyły. Okazało się, że nie można tego zrobić, bo nazwa powstała długo przed tym nim Lenin wyłysiał i pochodzi od rajców, nie Związku Radzieckiego. Tak głęboko osadzona w historii miejsca, że nikt nie wie skąd i czemu się wzięła. Co oczywiste, o wiele mocniej w zbiorowej świadomości osadzony jest PKiN. Pisał o nim Tyrmand, grali tam Rolling Stonesi, ja wierzyłem że schowano w nim głowicę nuklearną, w „Ekstradycji” schowano tam bombę atomową. Nijak nie zastąpi mi tego jakaś sralnia dla ptaków.
piątek, 06 listopada 2009
Zombie Survival Guide
Byłem dosyć podjarany wydaniem książki „Zombie: Survival Guide”, autorstwa syna Mela Brooksa. Od małego bowiem zastanawiałem się jak uciec przed zombie i na jakimś poziomie ten problem we mnie pozostał. Do tej pory najlepszy mój pomysł to wejść gdzieś wysoko i pluć im na rozkładające się łby. Nawet wziąłem udział w konkursie, coby dostać książkę za friko. Nie wygrałem jej, a na dodatek moje odpowiedzi były błędne, więc postanowiłem obrazić się na świat i ludzi. W końcu jednak, przez przypadek, książka wpadła w moje łapy. Trzymałem ją przez trzydzieści stron. Czyta się to jak nudny, nielogiczny podręcznik do RPG, w które nie będziecie grać. Najbardziej żenujące były próby nakreślenia przez autora „naukowych” podstaw pandemii zombie. W filmach jest to przedstawione tak: wirus/wojskowe eksperymenty/chemikalia powodują że martwe ciała łażą po świecie i żrą, a teraz ekhm, przejdźmy do akcji. Syn Mela Brooksa na tym nie poprzestaje, daje jakieś z dupy wzięte godziny inkubacji wirusa, nie wiadomo po co, bo ani to śmieszne ani ciekawe. Że żywy może zarazić się od rozwalonego zombie, więc trzeba uważać, ale zombie nie może zainfekować martwego ciała, bo wirus nie rozgości się w padłym mózgu. Kiedy zainstaluje się we łbie, to sprawia że ciało staje się martwe, nie wiadomo po co. Zombie nie musi żreć, żre bo tak. Nawet nie trawi, bo jak błyskotliwie zauważa autor, ciało jest martwe. Skąd bierze energię na działanie? Nie potrzebuje jej. Strasznie to biedne, autor pomyślał sobie że cwanie wszystko wytłumaczy, a wyszła żenua. Wirus powstrzymuje całkowicie rozkład ciała, ale nie do końca. Ciężko ubić zombie, ale można to zrobić nawet łomem. Kilkanaście osób pożartych przez żywe trupy to coś co media łatwo przeoczą i raczej nikt się o tym nie dowie. Autor podaje spis broni i na nim lekturę skończyłem, bo zauważyłem że ciągnie się nieznośnie długo. Wyglądało to jak książka Clancy`ego bez fabuły. Na dodatek gość nadużywa wykrzyknika! Nienawidzę jak ktoś nadużywa wykrzyknika! Nie wiem, może w dalszej części książki rozwija skrzydła i każde zdanie jest strasznie śmieszne, ale nie zamierzam dawać kredytu zaufania gościowi, który postanowił w nudny sposób napisać to co inni nakręcili, dodając od siebie tylko jakieś kupy nietrzymające się wymysły.
czwartek, 05 listopada 2009
Czemu mistrze krzyż w tornistrze
W Polsce krzyże nie są wieszane tylko nad drzwiami do kibla, które są ostoją świeckości, a koła i trójkąty, zajmujące tam poczesne miejsce, przypominają o królowej nauk- matematyce. Dlatego dla kardynała Dziwisza niezrozumiałym jest wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie krzyży w szkołach. Niestety, tylko włoskiej. Trzeba będzie go zdjąć, jak żądała tego pewna Finka, oraz wypłacić jej pięć tysięcy euro w ramach odszkodowania. Zdaniem purpurata godzi to w wolność religijną. No niezły babol. Tyle się intelektualiści katoliccy męczą, żeby to wszystko było duchowe, wewnętrzne, doniosłe, przemyślane, a w chwili próby z dostojnika kościelnego wychodzi tani gadżeciarz, który burzy się bo mu zdjęli zabawkę z wystawy. Dodatkowo, specyficznie rozumie pojęcie wolności religijnej. Podając za Wiki, która pierwsza mi w googlach wyskoczyła: Wolność religijna polega na prawie do wyznawania wybranej religii, wykluczając zarówno uprzywilejowanie jak i prześladowania czy dyskryminację na tym tle. Jak dla mnie, lansowanie chrześcijańskich symboli przez państwowe szkoły, urzędy etc. jest złamaniem tej zasady, bo stawia w pozycji uprzywilejowanej chrześcijaństwo. Usunięcie ich będzie jej urzeczywistnieniem. Ciekawi mnie, czy zorganizowane ateusze nie zrobią jakiejś akcji w związku z tym. Kiedy się trafił cud w Sokołówce, złożyli zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa. W grę miało wchodzić zabójstwo i zbezczeszczenie zwłok. Jak dla mnie, to było zrobienie niezłych lulzów z wierzących, co przeżywali uniesienia, że ciało Chrystusa się w kielichu pojawiło. Trochę nadrobili po podpadnięciu z akcją 196, która była bezsensowna i beznadziejna. Co prawda, Joanna Senyszyn rzuciła per analogiam, że może się powtórzyć historia z Niemiec. Kiedy Polacy dowiedzieli się, że jeśli się wypiszą z Kościoła, zostanie im parę euro więcej w kieszeni, poskutkowało to wieloma aktami apostazji. Jednakże, bardzo różni się to od wytoczenia procesu państwu polskiemu. To pierwsze wymagało tylko wizyty w urzędzie, po cichu i wręcz anonimowo. To drugie oznacza długą drogę sądową i pewne zainteresowanie dziennikarzy, bo to że ktoś chciałby pozdejmować krzyże byłoby sensacją.
wtorek, 03 listopada 2009
Pęknięty Papież
W Szwecji ma wyjść książka z akcją w Polsce. Dziewczyna chce się poddać aborcji na statku, ale jej brat-aktywista, zamierza przeprowadzić zamach na tę pływającą ohydę. W tekście nie napisano jak ma zamiar to zrobić, ale biorąc pod uwagę zapał obrońców życia, pewnie wysadzi go ze wszystkimi ludźmi na pokładzie. Oprócz tego, będzie jeszcze dziadek bojkotujący IKEA za promocję homoseksualizmu, kwestia Radia Maryja, kult mzimu DżejPitu, a także Tinkie-Winkiegate. Na okładce popękane od uderzenia zdjęcie Papieża a sam tytuł to „Godzina 21:37”. Wtedy umarł ojciec święty. Wcześniej autorka pisała o prześladowaniach kobiet w Zambii i Wietnamie, więc wpadamy w zacne towarzystwo. Poproszona o komentarz polska publicystka ze Sztokholmu Dana Platter wydusiła z siebie coś takiego: Można nie zgadzać się z nauką Jana Pawła II, ale powinno się respektować uczucia milionów katolików, dla których papież jest autorytetem. Co by było, gdyby książkę ozdobiła roztrzaskana podobizna Mahometa? Czy znów płonęłyby konsulaty? Nieodmiennie od lat muzułmańskie rozruchy nęcą chrześcijan, którzy bez uczucia żenady mniej lub bardziej otwartym tekstem mówią że „oni to by tak samo mogli”. Ale nie robią, chyba powinniśmy im dziękować. Znamienne jest też to co zwróciło uwagę papieżoluba. Nie jest tym pisanie o charyzmatycznym mnichu z Torunia, mającym sektę i wyskakującym z tekstami rasistowskimi i antysemickimi. Nie jest to wrogość państwa polskiego wobec kobiet, skutkująca tym że dziewczyna musi szukać ratunku na statku jakiś cudzoziemców. Nawet opóźnienie w robieniu obciachowych „skandali” tym nie jest. To rozwalone zdjęcie papieża jest na pierwszym miejscu i obraża jej uczucia. Also, eat this:
|