|
Archiwum
Zakładki:
Blogi, które czytam
Cywilizacja życia
Ideolo
Strony
|
czwartek, 10 maja 2012
Nie ma życia
W Bydgoszczy odbyła się V Konferencja Międzynarodowa o etyce w mediach. Tematem przewodnim było hasło: "Internet a tożsamość człowieka. Jaki jest obraz człowieka w Internecie?" Z krótkiej wzmianki na gazeta.pl najbardziej spodobał mi się jeden cytat: Ks. dr Mariusz Kuciński: - Każda ucieczka w inne, nieprawdziwe życie zagraża człowiekowi. Nie jest dobrze, żeby człowiek uciekał w inne życie, a już szczególnie, kiedy jest to życie wirtualne. Internet może uzupełniać nasze bytowanie. Ale nie powinien go zastępować. źródłe
wtorek, 01 maja 2012
Mięso na grillu
Tak głosi preambuła w ustawie o zmianie ustawy o ustanowieniu dnia 1 maja świętem państwowym z 2007 roku. Nagle poczułem, że państwo chce zabrać mi moje święto. Nie czuję bowiem, że swoją pracą tworzę wielkość Naszej Ojczyzny. Możliwe, że to co robię nie jest wcale pracą w rozumieniu preambuły- nie czuję moralnego obowiązku, a wyłącznie finansowe parcie. Nie wydaje mi się też, żebym doskonalił świat, ale może mam za wysokie standardy, zawsze miałem. Na pewno jednak nie rozwijam się wszechstronnie jako osoba ludzka, gdzieś tam starożytni Grecy się wiercą w grobach. A moze jest to praca, ale bez wartości? Nie wiem czy zachowałem godność. Nie siedzę w pracy w pampersie, nikt na mnie nie krzyczy, nie bije i nie napastuje seksualnie, więc możliwe że zachowałem ludzką godność, ale nie mam w tej materii wielkiego doświadczenia. Może za taką kasę to już niegodne. Ja traktowałem weekend majowy jako rekompensatę dla ludu pracującego - za umowy śmieciowe, niskie zarobki, ustawione przetargi, korupcję, łamanie prawa pracy, brak perspektyw i nadziei na lepsze jutro, chamstwo, dziadostwo i kurestwo. A tutaj okazuje się, że to święto ustanowione dla uczczenia jakiegoś wąskiego grona. Dobrze, że pozwalają się pogrzać w cieple własnej chwały, skurwysyny.
wtorek, 17 kwietnia 2012
Zombie Western
Plaga zombie nie zawsze zaczyna się od wirusa, chemikaliów, albo ugryzienia małposzczura. Czasami może to być klątwa rzucona przez Indian. Dzieje się tak w zatubkowanej poniżej przepięknej animacji. Bardzo fajny miks zombie movie z westernem. Z westernu wziął to co najlepsze, czyli Dziki Zachód, spelunowaty saloon i świetną muzykę. Z zombie movies wziął zombie, rozwałkę i pytania o kondycję moralną społeczeństwa. Ogląda się z przyjemnością – najlepsze występ kukiełek w „horrorze” od czasów „Meet The Feebles” Petera Jacksona. Podoba mi się, że kawałek, w którym biali pomstują na Indian, którzy przybyli by zabierać nam pracę i kraść nasze kobiety (w filmiku bardziej dosadnie, „nasze cipki”, ale dziwnie to by zabrzmiało w języku polskim)- ładnie współgra z moją poprzednią notką, gdzie również pojawiał się temat rasizmu. Parę ładnych smaczków, w stylu Sergio Leone powstającego z grobu jako pierwszy zombie. Nie należy też zapomnieć o pile łańcuchowej połączonej z shotgunem, który jest teraz oficjalnie najzajebistrzą bronią od czasów kiedy pierwszy człowiek przyczepił sobie piłę łańcuchową zamiast odciętej dłoni. Wśród latających części ciała i lejącej się krwi, za ladą stoi barman, który obserwuje wszystko bacznie, czyści szkło i nastawia nastrojową muzykę na gramofonie w razie potrzeby. Linkuję od razu do całości w dwóch częściach, na bogato.
niedziela, 15 kwietnia 2012
Father Ted
Wspaniały serial, który odwiódł mnie od samobójstwa po tym jak skończyłem oglądać „Rodzinę Soprano”. Musiałem przestać żyć gangsterskim życiem i wrócić do normalności. Głównymi bohaterami są trzej księża, którzy żyją w małej parafii na irlandzkiej wysepce Craggy Island. Każdy z nich został zesłany w to smutne jak tysiąc martwych choinek miejsce, żeby narobić jak najmniej szkód Kościołowi. Wszystko zgodnie z tradycją wedle której nie zostawia on swoich, ale upycha w jakieś dyskretne miejsce. Ojciec Ted ma problemy z hazardem i ciągnie się za nim sprawa kasy, którą ukradł z fundacji, żeby mieć za co grać. Ma również słabość do kobiet, ale jest nieśmiały i idzie mu jeszcze gorzej niż w ruletkę, bo tam chociaż dotarł do stołu. If you know what I mean. Ze wszystkim radzi sobie kiepsko, jest mało asertywny, raczej pierdołowaty i miły dla ludzi. Lider naszej grupki. Oprócz niego jest jeszcze ojciec Dougal, który jest kretynem nie ogarniającym rzeczywistości, ale ładnie punktuje nielogiczności wiary. Robi to całkowicie nieświadomie, bo bycie księdzem oznacza dla niego przede wszystkim to, że nic nie musi robić i może spać do południa. Ma problemy ze zrozumieniem tego, że Jezus jest prawdziwy, a Darth Vader nie. Trzecim księdzem jest ojciec Jack, który cały czas przebywa w stanie alkoholowego zamroczenia. Wygląda jak dobrze zakonserwowany bej, a jego sutanna jest pewnie sztywna niczym spodnie żula. Trzeba docenić kunszt aktorski, ponieważ zasób słów ojca Jacka ogranicza się głównie do: „feck! Arse! Drink! Girls!”. Jego twarz budzi odrazę nawet po trzech sezonach.
Dowcipy tutaj są celne, ale delikatne i nieobraźliwe niczym rysunki Raczkowskiego. W jednym z odcinków Ted stara się udowodnić mieszkańcom Craggy Island, że nie jest rasistą. Festiwal różnych kultur nie wypadł najlepiej, bo jego znajomość chińskiej kultury (przez przypadek obraził bowiem chińską mniejszość – jeśli zamierzasz parodiować Chińczyka upewnij się, że chińska rodzina nie patrzy na ciebie ponuro przez okno), ogranicza się do wielkiego muru, który widać z każdego miejsca na Ziemi, Mao Tse Tsunga, oraz tego, że oglądał Karate Kid nie dla widoku walczących chłopców, tylko mądrości Pana Miyagi. Naprawiło to jednak postawienie paru kolejek w barze, gdzie dowodził, że nie jest faszystą, bo faszyści ubierają się na czarno i mówią ludziom co mają robić. Przez powyższy opis odcinka czuję się trochę, jakbym tłumaczył dowcip o Polaku, Rusku i Niemcu, dlatego dam po prostu tubkę z kawałkiem odcinka, jak przystało na człowieka z XXI wieku. Każdy odcinek trwa jakieś 25 minut, co bardzo mi odpowiada. Boję się zaangażować, a pół godziny to jednak jak splunąć. Z drugiej strony szkoda, że to takie krótkie. Nie da mi się dogodzić, jestem wiecznie niezadowolony, ale podobało mi się.
środa, 11 kwietnia 2012
Grób pański
Wielkanoc minęła, ale każdy dzień jest dobry by poświęcić go na chwilę refleksji. Piękne podziękowania dla Nymerii, za pomoc w procesie twórczym:).
środa, 04 kwietnia 2012
niedziela, 01 kwietnia 2012
Praca degeneruje
Na wyborcza.biz ukazał się tekst o emeryturach, w którym autor ujmuje temat tak szeroko, że wszystkiego musi liznąć powierzchownie. Chwacko idzie na przestrzał przez wieki, od Bismarcka, który zrobił emerytury, do przyszłych 20-30 lat, kiedy nie będzie komu na nie robić. Zauważa przy tym, że jesteśmy zdrowsi i dłużej sprawni niż w czasach żelaznego kanclerza, więc możemy pracować dłużej. Emerytury w czasach Bismarcka były bardzo w porządku, bo ciężko było do nich dożyć. Jak już napisałem wyżej i będę powtarzał niżej, jesteśmy teraz zdrowsi i wielu ludzi wbrew założeniom dożywa emerytury. Jest to szkodliwe, dlatego należy ten próg przesunąć, na początek do 67 lat. Martwię się, ze w perspektywie 30-letniej wszyscy będziemy jeszcze zdrowsi będziemy dłużej żyli. Wtedy konieczne będzie kolejne wydłużenie wieku emerytalnego, z powodu nieodpowiedzialnie długiego życia. Na dodatek ogarnia to wszystkich, a nie tylko tych co sobie na to zasłużyli zdrowym i przykładnym prowadzeniem się. Jest to kolejna niesprawiedliwość na długim rachunku krzywd jakie robi mi rząd. Mnie jest w ogóle ciężko się zmobilizować by myśleć o emeryturze, bo to tak daleko, że aż możliwe że nigdy. Nie chodzi nawet o to, że mogę tego nie dożyć, ale przecież za 20 lat Chiny będą światową potęgą, która wyprzedzi Stany Zjednoczone. Cały czas o tym słyszę. Za trzydzieści mogą być wszechświatową i znieść emerytury w ogóle. Dla naszego dobra, bo człowiek aktywny to człowiek zdrowy i szczęśliwy. Tylko głupek tego nie zrozumie i nie dziwne, że nie został profesorem ekonomii. Nie wiadomo jednak czy wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat odniesie zamierzony skutek. Podobno te skromne dwa lata uratują kraj. Reforma emerytalna z 1999 roku miała być rozwiązaniem wszystkich problemów, miała trzy filary i była taka wyrafinowana. Proste wydłużenie wieku emerytalnego do lat 67 jest w porównaniu okrutnie prymitywne. Jak ja mam w to wierzyć? Autor tekstu, Lenkowski, twierdzi że uwalenie wydłużenia wieku emerytalnego byłoby strzeleniem samobója. Jest to warte przemyślenia. Może udałoby się podnieść samobójstwo do rangi patriotycznego obowiązku – po co obciążać Polskę? Zwłaszcza że – jeśli wierzyć Leskowskiemu – praca nadaje sens życiu. Dla mnie to brzmi jak dobry powód, żeby się zajebać. W odcinku „Opowieści z krypty” był gość, dla którego praca była całym życiem. Na emeryturze nie wiedział co ze sobą zrobić dopóki nie znalazł sobie pierwszego w życiu hobby, jakim było wypychanie zwierząt. Kto chce niech obejrzy, a kto nie chce, niech pamięta morał tego odcinka: poświęcenie życia pracy prowadzi do okrucieństwa i morderstw. Osobiście, na emeryturze planuję zająć się drobną przestępczością zorganizowaną. Znajdę sobie jakiegoś młodszego wspólnika i będziemy robić kradzieże. Udam, że zasłabłem w jakimś zbiorowisku, a kiedy ludzie będą się pośpiesznie odsuwać, mój kolega będzie im opróżniał kieszenie. Mam nadzieję, że za 42 lata ludzie nadal będą mieli kieszenie, bo inaczej mój genialny plan chuj strzeli. |